Życie Pi - Yann Martel





Szesnastoletni Hindus Piscine Molitor Patel, znany jako Pi, syn właściciela zoo, z własnego wyboru wyznawca trzech religii (hinduizmu, chrześcijaństwa i islamu), dryfuje jako rozbitek w szalupie ratunkowej po oceanie. Za towarzyszy podróży ma jedynie ocalałe z katastrofy morskiej zwierzęta: zebrę ze złamaną nogą, orangutana, hienę i potężnego tygrysa bengalskiego, nazwanego Richardem Parkerem. W prawdziwym życiu, na dodatek w sytuacji bez wyjścia, pokojowa koegzystencja całej piątki nie byłaby możliwa. W zwariowanej baśni Martela wszystko może się wydarzyć: ktoś zostanie zjedzony, ktoś inny przetrwa 227 dni na morzu – dzięki własnej pomysłowości, silnej woli przetrwania, przyjaźni i wierze w Boga. Jest jeszcze druga wersja historii Patela – bardziej prawdopodobna i bardziej przerażająca. Na potwierdzenie żadnej z tych opowieści nie ma jednak dowodów...











Za przeczytanie tej książki zbierałam się długo... Właściwie to nawet nie miałam zamiaru jej czytać - koleżanka poleciła mi ją po wydaniu ekranizacji na DVD, a ja zbyłam ją słowami "może później". Jednak koło tygodnia temu natrafiłam na nią w księgarni i z braku ciekawszym dla mojego oka pozycji, zabrałam ją ze sobą do domu. 

Miałam wobec niej dosyć wysokie oczekiwania ze względu na film, który mi się spodobał. I nie zawiodłam się. Yann Martel spisał się bardzo dobrze, a jego styl pisania trafił w mój gust. Przede wszystkim nie męczyłam się czytaniem tej książki. Nawet opisy krajobrazów, których zwykle nie czytam (dokładnie), wciągnęły mnie i to przede wszystkim za nie tak lubię tę powieść. 
Doceniam też ukazanie i zaznaczenie tego, że każdy w obliczu głodu, pragnienia i cierpienia jest w stanie posunąć do wstrętnych rzeczy, mimo że chcielibyśmy myśleć inaczej. Autor świetnie opisał ludzkie instynkty i słabości. Genialnie obrał uczucia głównego bohatera w słowa do tego stopnia, że poczułam się oszukana, kiedy dowiedziałam się, że Pi nie istnieje i nigdy nie istniał. 

"Życie Pi" nie jest jednak bez wad. Oczekiwałam w zasadzie od tej książki dwóch rzeczy - opisu sceny, po której wieloryb zjadł zapasy bohatera (zawiodłam się, bo taka w oryginale nie istnieje) i dotykających rozważań o Bogu. Rozważania były, ale zupełnie do mnie nie trafiły, przez co praktycznie cała pierwsza część książki mi się ciągnęła. Nie odnalazłam w tym nic, co nakłaniałoby mnie do głębszych refleksji, na które liczyłam. Niektóre stwierdzenia były według mnie bezsensu lub zupełnie niepotrzebne. 

Książkę uważam za wartą przeczytania, ale nie położyłabym jej na półce do przeczytania ASAP. Mimo że pierwsze 128 stron nie przekonało mnie, reszta wciągnęła mnie bez reszty i wywołała gamę emocji. Ekranizacja nie dorasta jej do pięt i cieszę się, że wpadłam na pierwowzór w księgarni.




Julia.

Komentarze